gra planszowa Retro Reporter

Rozrywka, kultura, sztuka

Dodano: 03.04.2013
Żródło: Nowiny Codzienne 03.04.1934 nr 90 s.2

Dzieje szaleństw odświętnych

Zabawa i bon ton na Muranowie
Wiadomo jest, że święta należy spędzać jaknajlepiej i najweselej.  Wskutek tego w ciągu dni  świątecznych od samego rana chadzało się w strojach co najpiękniejszych i najbardziej reprezentacyjnych. W garniturach nowiuśkich, w granatowych, albo i w beżowych sportowych, w kapeluszach sztywnych, w  czapkach sportowych, bucikach żółtych, albo i lakierach, faktycznie autentycznych. A propos strojów  damskich można li tylko dodać, że  olśniewały jeszcze bardziej niż męskie. Suknie długie i balowe od samego poranka, do tego pantofelki lakierowe, albo i atłasowe i płaszcze jasne wiosenne.

A pogoda była piękna, jakby na zamówienie. Troszkę chłodnawo, ale to fiume. Grunt, że deszczu nie było i na spacer się poszło. Śmigus się udał i prima aprilis także. Nie, żeby w śródmieściu. Ale tak trochę dalej. W śmigus, na Woli znajomym panienkom, elegancko ze śmigusówek wodą się pryskało. Śmigusówki były pierwszorzędne. Bukieciki fiołków, albo żaby i myszy.

PO SILNE WRAŻENIA
Jeśli jednak kto chciał silnych wrażeń, to szedł do cyrku „Warszawianka", co rozbił swój płócienny
namiot na placu Muranowskim. Trzy przedstawienia dziennie. Przed cyrkiem tłok. Bilety po 25 (dzieci i młodzież) i po 49 groszy dla dorosłych. Kupuje się taki bilet i wchodzi się do namiotu.

Ustawione naokoło odgrodzonej sznurkiem areny, ławki są już szczelnie wypełnione. Są tylko 
miejsca stojące. Na arenie, kawałku klepiska, odbywają się produkcje. Kończy się numer humorystyczny. SkoIei występuje „Staś" — gimnastyk ekscentryczny. Na rękach, jakby nigdy nic, staje.

— O rany! To ci zmyślny. Ale Felek tak samo potrafi.
Sztuki są coraz wspanialsze, bo oto „Staś" podnosi się na rękach oparty na poręczach dwóch krzeseł, ustawionych na stoliku. Bieda tylko z tem, że stół jest zamały i dwie nogi od jednego krzesełka kolega akrobaty musi trzymać własnoręcznie. Ale to głupstwo. Grunt, że sztuka
się udała.

O KOCHANIU I SERC BICIU
Kiedy akrobata znika, jego miejsce zajmuje śpiewaczka w szafirowej sukni.
— Bo, pan kochać nie „umnie" — śpiewa vedetta.
To się szalenie podoba, ale chyba najwięcej podoba się szykownemu gentlemanowi, w nieprzemakalnym płaszczu, który siedzi w pierwszym rzędzie i wygłasza różne dowcipy.
— Oooo — ryczy gentleman w napojeniu i usiłuje schwycić śpiewaczkę za nogę. A potem wskutek 
emocji i wysiłku łagodnie składa głowę na kolanach sąsiada. Wiadomo,  czysta wyborowa.
Szafirowa dama, wśród ulicznych oklasków ginie za kotarą garderoby gdzie usiłuje również wtargnąć jej wielbiciel.
— Morowa kobita, faktycznie.

NIECO DZIKIEGO ZACHODU
Przy dźwiękach orkiestry złożonej ze skrzypiec, hannonji, trąbki i bębna z napisem „Original", wychodzi na arenę umalowany na bronzowo jegomość, w płóciennem bronzowem ubraniu i „indjańskich" piórach na głowie. Egzotyzm nie wywiera wrażenia.
— O, warszawski „Indjan"!
„Indjan" wyczynia różne sztuki żonglerskie. A potem dzieją się rzeczy nadpodziw niesamowite. 
Łykanie płomieni. Damy co to, wiadomo, subtelne są, wcale na to patrzeć nie chcą. I krzyczą cieniutko, a delikatniutko, jako, że mają dobre wychowanie.

KOBIETA, TANIEC I BON TON
Zaczyna robić się ciemno. Wskutek tego zapala się dwie elektryczne lampy, co to przy nich reflektory z nowiutkich brytwanek, blaszanek są zrobione. Publiczność podziwia
numer humorystyezno - bokserski. Trzeba się wtedy strasznie dużo głośno śmiać. Kiedy zaś skończył się numer z kawałami — konferansjer zapowiada występ „koleżanki Żymuty". Taniec — wesoły foxtrott. Tancerka wbiega na arenę w bardzo skąpiutkim kostjumiku z bordowego aksamitu. Ledwie coś niecoś zasłonięte. Piąte przez dziesiąte. Ciało posiniałe z zimna. Cyrk ma tylko płócienne ściany z dużemi szparami. Niewiasta tańczy foxa i wyrzuca do góry nogi o grubych łydkach.  Gentleman z pierwszego rzędu znów zaczyna ryczeć i macha ręką w takt
muzyki. Od czasu do czasu zaś spluwa z szykiem na arenę na dwumetrową odległość. Jako, że bon ton tak nakazuje. 

Nagusieńka niewiasta znika. I znów „antrakcja". Śpiewak. Szmoncesy i na żądanie publiczności 
piosenka „O dziewuszkach". Refren powtarza cały cyrk.
A potem już jest koniec. Wychodzi się i rozmawia o tem, co się widziało. Artyści wracają do 
„garderoby", małej drewnianej komórki z przegródkami - wołają chłopaka, żeby przyniósł coś do zjedzenia.
— Dwadzieścia „deko" polędwicy i sześć bułek - dysponuje ekscentryczny akrobata.
— I dwie butelki piwa — woła komik.
Jako, że interes idzie, dochody są i można wyprawić świąteczny poczęstunek.

m. k.





wykonanie: tworzenie stron www warszawa - wzt.pl