gra planszowa Retro Reporter

Kino

Dodano: 29.01.2013
Żródło: Ilustrowany Kurier Codzienny 07.06.1932 nr 156 s. 12

Manekiny filmowe.

Absurdy w „Puszczy" Weyssenhoffa no ekranie warszawskim.
Warszawa, w czerwcu.
Okrzyk przerażenia i niepomiernej krzywdy, jaki się wyrywa nie tylko z piersi luminarza literatury łowieckiej, sędziwego Jubilata, Józefa Weyssenhoffa, ale też z piersi tych myśliwych, którzy oczarowani ongiś „Puszczą" po jej przeczytaniu — poszli do kina „Apollo" w Warszawie, aby tam, patrząc na ekran, wskrzesić wizję dawnej puszczy turowickiej i choć przez krótki czas trwania seansu mieć złudzenie rzeczywistości gąszczów i mateczników poleskich; poszli, aby razem z Morozem, ową piękną postacią klucznika i kucharza „pałacowego", a przedewszystkiem wyborowego strzelca podkradać się pod „zasadzonego" przez niego z wieczora głuszca.

Byli zapewne i tacy, którzy w dzisiejszych czasach posuchy szczerości i zamkniętych serc, pragnęli przypomnieć sobie Justyna Sasa, bezinteresownie oddanego przyjaciela Kotowicza. To, cośmy ujrzeli, ta niedołeżnie sklejona akcja, jest parodją wspaniałej powieści. Lecz parodję możnaby jeszcze przetrzymać. Jednak tu co innego jest najstraszniejsze: zmieniono całkowicie sens powieści, wypaczono jak najdokładniej myśl autora, która mu była przewodniczką przy pisaniu tego utworu.

Przecie powieść ta, którą podaliście w tak zniekształconej formie publiczności, jest gloryfikacją puszczy, jej nieprzepartego czaru i uzdrawiającego wpływu na duszę zmęczoną, przesyconą zagranicznem, wielkomiejskiem życiem szumnem. A wyście co z tej „Puszczy" zrobili? Film o scenach drastycznych — apoteozę pocałunku. Głupstwa na każdym kroku. Ani jednego typu wiernie oddanego. Ani się dopatrzeć postąpi Reni, bogato uposażonej we wdzięki, ani się doszukać idealnie przez mistrza wyrysowanego jej odnoszenia się do Kotowicza. A gdzież te poleskie sylwetki Halimonów, Owsiejów i innych! Wierzyć nie chce, że jestem na „Puszczy". A ze starego wiernego sługi i strzelca, majstra Moroza, o wypłowiałym włosie, zrobiono jakiegoś spoufałego i bodajże bruneta, manewrującego strzelbą, jak rekrut karabinem w drugim tygodniu swej służby.

Absurdalnie wprost i z pełnią ignorancji odtworzono sceny myśliwskie — a przecież można było w tej sprawie zwrócić się o poradę i wskazówki do miejscowego Polskiego Związku Stowarzyszeń
Łowieckich, lub nawet do przeciętnego myśliwego. Oto niektóre z tych wonnych kwiatków myśliwskich: Polowanie na wilki w lecie urządzono — ze sznurami, t. zw. fladrami.

Myśliwy strzela do wilka, a naganiacz podnosi z ziemi zająca, a innym znów razem lisa. A jak wypadło polowanie na całą powieść? Wydobyto gdzieś z jakiejś starej garderoby teatralnej wypchanego głuszca, które srebrną nicią wije sie przez manekina głuszca, uczepiono go na drzewie i kazano jakiemuś ukrytemu łapserdakowi pociągać za drut. I proszę sobie uzmysłowić, że ten głuszec kiwający się sztywnie od ogona do głowy, jak koń dziecinny na biegunach — miał przedstawiać czarnego rycerza boru — w czasie jego wiosennej pieśni miłosnej, odbywającej się, na doprawienie złego, w lesie pełnym liścia, podczas, gdy dotąd natura kazała głuszcowi tokować tylko w czasie, gdy drzewa dopiero pęki puszczają. Nie określam zupełnie owych „głuszcowych tonów miłosnych"; wspomnę, że były to raczej głosy boleści, postękiwania i rzężenia zarzynanego tępym nożem bliżej nieokreślonego zwierzęcia. Pada nareszcie strzał, strzał chybiony, ptak zrywa się z gałęzi i widzimy jak w dal ulatuje... gawron. To kpiny z publiczności. A czyz nie urąga to najbardziej, prymitywnemu pojęciu gdy widzimy, jak w czasie wabienia łosi famiast byka-łosia - podchodzi na wab jego samica, t. zw. klempa w języku łowieckim. Przeciętny śmiertelnik nie doj¬
rzy tego — lecz sługa z pod zielonego sztandaru św. Huberta łatwo wyłapuje te niebosiężne absurdy.

[...]

Gdy Weyssenhoff wychodził z kina po skończony mfilmie „Puszczy", przystąpili doń skwapliwie ci, którzy ten film zrealizowali, ciekawi odpowiedzi mistrza, jak mu się całość podobała? Cóż mógł odpowiedzieć rozgoryczony Weyssenhoff po tym ciosie bolesnym, jaki mu zadano niezasłużenie w jego roku jubileuszowym.

Krótka była jego odpowiedź:
—    To nie jest moja powieść.
Na razie „Puszcza" zeszła z ekranu kina: „Apollo" i spoczęła, w ciemnej szufladzie biurka, przedsiębiorców filmowych. Dopiero ponoś z jesienią ma kursować w dalszym ciągu po różnych kinach warszawskich. My jednak życzymy jej, aby pozostała na wieki w tem najodpowiedniejszem
dla niej ustroniu biurkowem.

Jedna rzecz trwogą mnie przejmuje. Ponoś ta okropność filmowa ma się ukazać na ekranach zagranicznych.

Józef Wł. Kobylański.









wykonanie: tworzenie stron www warszawa - wzt.pl